Wersja polska   Polska   English version   Wielka Brytania   Version en Español    

 

Strona Główna

Organizacja

Księga Gości

Akademia Polska

Wiadomości

Poczta

Czat

Ruch Obrony Życia

Dokumenty i Materiały PSF

Humor i Satyra

Komunikaty PSF

Blog

Z życia Polonia Semper Fidelis

Solidarność

Sprawy polskie na Litwie Warto przeczytać Galerie Tragedia smoleńska
Porady Emigracyjne Polskie Drogi

Ogłoszenia

Drobne

Listy do Redakcji O nas Kontakt z nami
Wieści ze Lwowa Kluby Gazety Polskiej Książki warte przeczytania USOPAŁ Dział sportowy
Polonii Semper Fidelis
Kącik kulturalny

 

AKADEMIA POLSKA

 

 

Artykuły Akademii:

 

 

 

Zaprzyjaźnione strony:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Liczba odwiedzin:

 

 

 

Stanisław Matejczuk

 

Spacerkiem po biografiach: 

Władysław Bartoszewski


Po ostatnich popisach oratorskich tzw. "intelektualistów" z utworzonego Komitetu Honorowego kandydata na Prezydenta Bronisława Komorowskiego wiele osób zaczęło się zastanawiać nad słusznością określania tym mianem mówców Komitetu. Naturalnym biegiem rzeczy Władysław Bartoszewski, przedstawiany wszem i wobec z tytułem profesora czy też Andrzej Wajda znaleźli się w awangardzie owych dociekań. Z samej definicji intelektualista to osoba, którą cechuje między innymi: "... bogata wiedza (erudycja) ("człowiek o dużej kulturze umysłowej i osobistej"); która powyższe cechy wykorzystuje do wykonywania zawodu ("zajmuje się twórczą pracą umysłową")..." Nie chcę się zajmować kulturą osobistą - była ona aż nadto widoczna i spowodowała, że nawet w środowiskach PO zawrzało z oburzenia.


Mnie natomiast zastanowiła biografia jednego z wymienionych "intelektualistów" - Władysława Bartoszewskiego. Zacząłem grzebać w ogólnie dostępnych materiałach i z pewnym zakłopotaniem dostrzegłem, że w ogromnej większości są to wywiady z nim samym bądź wspomnienia własne. Testis unus, testis nullus - jeden świadek, żaden świadek - jak głosi maksyma rzymskiego prawa. Moja cierpliwość została jednak uwieńczona sukcesem, kiedy wreszcie dotarłem do ogólnodostępnej biografii.
Zaraz na samym jej początku uderzyła mnie charakterystyka, w której przedstawiono go jako historyka w ostatniej kolejności (poza takimi określeniami jak choćby polityk czy dziennikarz). Powszechnie znaną rzeczą jest, że na 10 zapytanych Polaków, z jakim określeniem kojarzy się używany powszechnie przed nazwiskiem tytuł profesor, pewnie 8-9 odpowiedziałoby na pierwszym miejscu, że właśnie z historią. Tymczasem nic bardziej błędnego, bowiem po pobieżnej nawet lekturze biografii okazuje się, że Władysław Bartoszewski nigdy nie studiował historii. Podejmował natomiast próby studiowania polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, zarówno podczas okupacji, jak i po wojnie.


Niestety, zakończyło się jedynie na próbach. O ile bowiem uczęszczanie do Gimnazjum im. św. Stanisława Kostki w Warszawie czy do Liceum Humanistycznego Towarzystwa Wychowawczo-Oświatowego "Przyszłość" zostało ukoronowane maturą w 1939 roku, o tyle w całym życiorysie "profesorkim" nie ma ani jednej wzmianki o obronie pracy magisterskiej. Owszem, jest za to wzmianka, że Władysław Bartoszewski złożył na ręce profesora Juliana Krzyżanowskiego taką pracę, ale został decyzją rektora UW Stanisława Turskiego skreślony z listy studentów. Nigdy już później nie podejmował żadnych starań, by zdobyć stopień magistra w jakiejkolwiek dziedzinie wiedzy. Z pewnością fakt obrony pracy nie zostałby pominięty przy wyliczaniu kolejnych etapów rozwoju naukowego "intelektualisty".


Kolejnym zastanawiającym faktem w życiorysie jest prowadzenie przez Władysława Bartoszewskiego w latach 1973-1982 oraz 1984-1985 wykładów z historii najnowszej Polski na Wydziale Nauk Humanistycznych KUL. Nie posiadając najniższego stopnia naukowego, jakim jest magisterium (w dodatku z historii), nie wspominając o doktoracie, wykłada tam na etacie... starszego wykładowcy (!!!). Nie przeczę, że doświadczenia czasu II wojny światowej są na pewno bardzo ważnymi naukami życiowymi, jednakże na takiej podstawie mogłoby wykładać najnowszą historię Polski co najmniej kilka milionów Polaków. Zastanawiającym jest również fakt, że już wtedy wykłady Władysława Bartoszewskiego opatrywano tytułem profesorskim i dopiero po interwencji władz uczelni, spowodowanej lawiną dowcipów na temat "prawie-magistra-profesora", zmieniono ów tytuł na "redaktor". Było to o wiele bliższe prawdy.


Jednakże megalomania Władysława Bartoszewskiego pokutowała i w dalszych latach, kiedy to wykładał jako Gastprofessor (goszczący profesor) w Instytucie Nauk Politycznych Wydziału Nauk Społecznych LMU w Monachium (lata 1983-1984 i 1986-1988). Mógł być tam tytułowany "profesorem", co z pewnością wpływało na niego pozytywnie przed lusterkiem. A kiedy jeszcze w 1993 roku został recenzentem pracy doktorskiej Jana Tkaczyńskiego na tej uczelni, samouwielbienie sięgnęło zenitu.


Również jako "profesor" w roku akademickim 1985-1986 wykładał na Wydziale Historii i Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Eichstatt w Niemczech, a w latach 1988-1989 na Katedrze Nauk Politycznych na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Augsburgu. Luki w edukacji z pewnością nadrabiał opracowaniami ściśle publicystycznymi, pisanymi na dowolnie wybrane przez niego tematy, a oparte o doświadczenia lat wojny.


W całym życiorysie "profesora" nie znalazłem też ani jednej wzmianki o obronie pracy doktorskiej czy jakiejkolwiek habilitacji, które mogłyby od biedy posłużyć jako pewne filary do tytułu profesorskiego. Owszem, dopiero w roku 1981 przyznano mu pierwszy doktorat honoris causa w instytucji, schowanej pod skrótem PUNO w Londynie. Oznacza on Polski Uniwersytet na Obczyźnie. Również w następnych latach otrzymał takie doktoraty: Hebrew College - Baltimore, USA 1984, Uniwersytetu Wrocławskiego - 1994, Uniwersytetu Phillipa w Marburgu, RFN - 2001, Warszawskiego - 22 listopada 2002, Gda?skiego - 29 września 2005, KUL- 29 stycznia 2008, Uniwersytetu Opolskiego - 10 marca 2008, Uniwersytetu Hajfy, Izrael - 4 czerwca 2008, Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie - 3 czerwca 2009, czy Uniwersytetu Łódzkiego - 16 października 2009. W ten sposób Władysław Bartoszewski ominął wszelkie "niedogodności", związane z edukacją własną oraz wysiłkiem obrony prac naukowych. Honorowe tytuły doktorskie upoważniają go na pewno do literek dr przed nazwiskiem, podobnie zresztą jak choćby Lecha Wałęsę, który otrzymał ich 30. 

 

Stale jednak w całej biografii nie znalazłem ani słowa o jakimkolwiek nadaniu mu tytułu profesora, którego z taką lubością używa i którym stale jest tytułowany. Myślę, że wielu polskich profesorów, rzeczywistych intelektualistów, może się czuć w tym miejscu po prostu nieswojo. Nawet zmarły tragicznie w 2008 roku prof. Bronisław Geremek - urodzony jako Benjamin Lewertow - mógł również odczuwać pewien niedosyt uczciwości. Sam przecież w 1954 roku obronił pracę magisterską na Uniwersytecie Warszawskim pod tytułem: "Prostytucja w średniowiecznym Paryżu" i - trzymając się tej tezy w różnych jej odmianach - poszerzał swoje horyzonty naukowe, docierając do tytułu profesorskiego.


Próbowałem również jakoś starać się zrozumieć, co mogło doprowadzić do powstania tak wielu "dziur" w naukowej karierze Władysława Bartoszewskiego. Zdarzają się przecież różne sytuacje w życiu, które pozwalałyby na bodaj częściowe usprawiedliwienie porzucenia czy choćby zmodyfikowania każdej drogi życiowej, w tym edukacji. Ponieważ sama kompozycja biografii zakładała a priori "jedynie słuszną drogę" jej odczytania i w sensie psychologicznym została skonstruowana tak, by przygnieść czytelnika ogromem pozytywów, postanowiłem skorzystać z innej metody. Po prostu nadane Władysławowi Bartoszewskiemu wyróżnienia i odznaczenia poukładałem w ciągu chronologicznym. W ten sposób otrzymałem następujący wizerunek (pomijam tutaj doktoraty honoris causa, jako że była o nich wcześniej mowa):

  •  Nagroda Klubu Krzywego Koła (9 stycznia 1962)

  •  Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1963)

  •  Nagroda Fundacji Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku (26 stycznia 1968)

  •  Nagroda tygodnika "Polityka" w dziedzinie najnowszej historii Polski (odebrana 10 maja 1968)

  •  Nagroda Herdera (Wiedeń, 1983)

  •  Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (Londyn, 1986)

  •  Nagroda Pokojowa Księgarzy Niemieckich, RFN (1986)

  •  Dyplom honorowego obywatela Państwa Izrael (15 lipca 1991)

  •  Dyplom Nagrody Europy Środkowej (Wiedeń, 14 grudnia 1994)

  •  Order Orła Białego (1995)

  •  Nagroda Kisiela w 1995

  •  Dyplom Nagrody Św. Wincentego (odebrany 28 września 1995 w Chicago)

  •  Nagroda im. Heinricha Braunsa, przyznana przez biskupa Essen Huberta Luthe, RFN (26 października 1996)

  •  Złoty Medal Stresemanna (nadany 15 listopada 1996 w Moguncji, RFN)

  •  Krzyż Wielki Orderu Zasługi RFN (2001, za pracę na rzecz pojednania między Polakami Niemcami i Żydami)

  •  Nagroda "Internationaler Brückepreis der Europastadt Görlitz/Zgorzelec" (Międzynarodowa Nagroda Mostu Europa-Miasta Zgorzelec/Görlitz) (2002)

  •  Super Wiktor 2007 za całokształt osiągnięć

  •  Odznaka Honorowa "Bene Merito" - przyznawana rozporządzeniem Rady Ministrów RP (Nr 1/2009)

  •  Krzyż Komandorski Orderu Legii Honorowej, Francja - 30 kwietnia 2009

  •  Kaiser-Otto-Preis (7 maja 2009) - nagroda im. cesarza Ottona, przyznawana przez miasto Magdeburg, RFN, za szczególne zasługi dla pojednania polsko-niemieckiego.

Zestawienie powyższe obejmuje 20 pozycji, na które 11 to nadania zagraniczne (Austria, Francja, Izrael i RFN), 3 - polonijno-emigracyjne i 6 polskich. Przed rokiem 1983 mamy tutaj tylko 4 pozycje, dopiero po tym roku Władysławowi Bartoszewskiemu "sypnęło" wyróżnieniami. Nie chcę tutaj wyciągać pochopnych wniosków, lecz liczby mówią same za siebie. Zestawienie wymienia również inne wyróżnienia (w oryginale niechronologicznym wplecione pomiędzy inne), lecz są one bez podania dat: Order Świętego Grzegorza Wielkiego (najwyższe papieskie odznaczenie przyznawane osobom świeckim), Krzyż Wielki Zakonu Rycerskiego i Szpitalnego Św. Łazarza z Jerozolimy, Wielki Krzyż estońskiego Orderu Krzyża Ziemi Maryjnej oraz Austriacki Krzyż Honorowy za Naukę i Sztukę.


Zastanowił mnie szczególnie okres pomiędzy 1945 a 1980 rokiem, gdyż na ten czas przypadły 4 wyróżnienia, w tym jedno z organizacji polonijnej w USA. Pozostałe 3 przypadają na okres PRL, różniący się zasadniczo od sytuacji po 1980 roku.


Tekst biografii powojennej akcentuje udział Władysława Bartoszewskiego od jesieni 1945 roku w Instytucie Pamięci Narodowej przy Radzie Ministrów oraz Komisji Głównej Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Jest to na pewno zrozumiałe, biorąc pod uwagę wojennę przeszłość. Następnie rozpoczął się "okres PSL", podczas którego Władysław Bartoszewski pracował od lutego 1946 roku w redakcji "Gazety Ludowej", a jako członek PSL we wrześniu 1946 roku został wybrany do zarządu powiatowego PSL w Warszawie Śródmieście. Po raz pierwszy został aresztowany przez UB 15 listopada 1946, ale - dzięki pomocy pracującej w Ministerstwie Sprawiedliwości Zofii Rudnickiej - został zwolniony 10 kwietnia 1948 roku. Takie rzeczy się wówczas zdarzały, a fakt ten podaję jedynie dla porządku.


Powtórnie aresztowany 14 grudnia 1949 roku, Władysław Bartoszewski został skazany za szpiegostwo przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na 8 lat pozbawienia wolności. W tym czasie skazanie za szpiegostwo było na porządku dziennym ogromnej większości procesów stalinowskich. Zastanawiającym jest jednak fakt, że w sierpniu 1954 roku został on "zwolniony na roczną przerwę w odbywaniu kary ze względu na zły stan zdrowia". Przyznam się, że to stwierdzenie nieco mnie zaskoczyło w zestawieniu z ogólnie znanymi faktami braku jakiegokolwiek humanitaryzmu reżymu stalinowskiego. 

 

Jednakże już następny fakt wręcz całkowicie mnie zaszokował: w marcu 1955 roku orzeczeniem Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Bartoszewski zostaje uznany za niesłusznie skazanego (!!!) Czy ja śnię, że to wszystko miało miejsce w czasach stalinowskiego terroru ? W czasie, kiedy myślenie nawet o uderzeniu się w piersi stalinowskich oprawców oznaczało zaawansowaną chorobę psychiczną ? Czy - idąc tą drogą rozumowania i konsekwencjami prawnymi takiego orzeczenia - zadośćuczyniono finansowo okres, niesłusznie spędzony w więzieniach ?


Jednocześnie, natychmiast po orzeczeniu o niesłusznym skazaniu, Władysław Bartoszewski wraca - jakby nigdy nic - do pracy publicystycznej. Znowu dla porządku przypomnę, że dzieje się to wszystko przed październikiem 1956 roku (!!!) Już bowiem w sierpniu 1955 kierował on redakcją wydawnictw fachowych Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, a od lipca 1956 roku publikował w tygodniku "Stolica", w którym pracował potem do 1960 roku. Również przed październikiem 1956 roku, pomiędzy lipcem a wrześniem, opublikował serię artykułów o powstaniu warszawskim w tygodniku "Świat". Znając obowiązującą wówczas linię polityczną ówczesnych władz PRL możemy się tylko domyślać treści tych artykułów.


Inną, niemniej zastanawiającą rzeczą, którą znalazłem spacerując po biografii są nieskrępowane wyjazdy Władysława Bartoszewskiego do wielu krajów w latach 60-tych: Austrii, RFN, Wielkiej Brytanii, W?och, Izraela czy USA. Współpracował też z Radiem Wolna Europa. Jak z tego wynika, władze komunistyczne niemalże ze śpiewem na ustach wydały mu wiele razy paszport...


Spacerując po biografii Władysława Bartoszewskiego wiele można się dowiedzieć, ale też pojawia się mnóstwo pytań, na które znaleźć rzeczywistą odpowiedź jest niezwykle trudno. Wracając jednak do głównej myśli tego, co napisałem, a która odnosi się do realnie zaliczonych szczebli naukowych "profesora" myślę, że każdy czytający sam wyciągnie odpowiednie wnioski - ja już tak daleko nie chcę iść. Obecne pojęcie "intelektualisty", przedstawiane dla potrzeb propagandowych, nie ma absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością. Jednakże Polacy przyzwyczaili się do propagandy i zawsze potrafili z wielką dozą dowcipu (nawet czarnego) uodpornić się na jej hasła. Potrafili się też przed nimi bronić. Reakcje na "popisy" różnego typu Bartoszewskich, Wajdów i im podobnie wtórujących pajaców są jednoznaczne. Obnażają one również charakter kampanii wyborczej, prowadzonej przez Bronisława Komorowskiego i PO: nieważne kto, ważne by wystarczająco głośno obrzucał najbardziej niewybrednymi inwektywami PiS i Jarosława Kaczyńskiego. W tym wydaniu "intelektualizm" nie przejdzie w Polsce.