Polska – kraj cudów (i cudaków)

Polska to kraj cudów – co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Na przestrzeni wieków kronikarze odnotowali wiele z nich i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w ostatnich kilku latach przeniosły się one ze sfery religijnej do sfery politycznej. Polityki, pisanej przez małe „p”, jako że najczęściej uprawianej bez krzty fachowości.

Częstotliwość owych cudów wzrasta niemal w postępie logarytmicznycm. O ile bowiem ostatnim historycznym wydarzeniem, zasługującym na miano cudu było odparcie bolszewików z przedpola Warszawy w 1920 roku, o tyle fala nowych cudów zaczęła nas zalewać z chwilą objęcia przez Tuska steru rządów. Cuda zaczęły się mnożyć jak króliki. Najpierw była zapowiedź cudu gospodarczego i pozostawienia w tyle Irlandii. Z tym hasłem szło się Platformie na wybory znakomicie. Za nią kroczyły rzesze zdezorientowanej młodzieży, lokatorów ośrodków penitencjarnych rozmaitego szczebla, kombinatorów i innych entuzjastów Tuska, Komorowskiego czy wyznawców Palikota.

Nastąpiło również wyniesienie barwy zielonej na ołtarze cudów PO. Bo – wiadomo – zielone jest piękne. Zielony banknot jeszcze przed pojawieniem się euro był niemalże odwiecznym symbolem bogactwa. Irlandię wybrano też nieprzypadkowo: zielony kraj, blisko położony, o barwach narodowych w tym samym kolorze. To nie jakaś tam druga Japonia, którą zapowiadał Wałęsa – daleka, jakaś obca cywilizacyjnie i nie bardzo zrozumiała.

Rangę koloru zielonego wyeksponowano również propagandowo, gdzie tylko się dało. A to wzięto do foteli rządowych PSL – klakiera, zwanego też koalicjantem – pod ślicznym zielonym sztandarem. Niebawem pojawiła się Polska na wielkiej mapie cudu gospodarczego Tuska jako piękna, ożywcza, zielona plama z zaznaczonym przyrostem ekonomicznym. Cuda ! Cuda ! Cuda !

Rząd Tuska z przytupem wziął sie za tworzenie cudów. Obietnice wszelkich cudów zalewały (i w dalszym ciągu zalewają) wtórujące rządom Platformy media. Cechą charakterystyczną są masowo pojawiające się w nich doniesienia o tym, co będzie. Uważni czytelnicy prasy, słuchacze i widzowie RTV czy wreszcie Internauci chyba się ze mną zgadzają. „Zbudujemy sieć autostrad na Euro 2012…”, „Nauczyciele bedą więcej zarabiać…” – to tylko przykłady z olbrzymiej fali doniesień w czasie przyszłym. Aby znaleźć jakieś doniesienie bieżące o własnie zakończonej inwestycji, podwyżce płac czy świadczeń, mówiące o spełnieniu czegokolwiek, trzeba się nieźle natrudzić. Zazwyczaj zapowiedzi cudów umierały potem milczącą śmiercią, a tematu nie kontynuowano, zasypując wszystko kolejnymi masami doniesień w czasie przyszłym. W pewnych jednak przypadkach, kiedy rozmiar oczywistych kłamstw nie bardzo dawał się zasypać, następowało „szukanie winnych zaniedbań”, by jakoś wygasić wzburzenie społeczne.  

Najbardziej jaskrawym przykładem takiego „kanionu” cudów była sprawa sprzedaży stoczni. Czytaliśmy i słuchaliśmy w zdumieniu, że „przyjedzie ktoś z Kuwejtu”, przeleje pieniądze i będzie cacy. Ze względu na rozmiar cudu wzbudził on zrozumiałe nadzieje i oczekiwania społeczne. Zrobił się niebywały szum wokół całej sprawy, chociaż dla uważnego obserwatora tajemniczość sformułowań władz PO oraz ogólnikowość całej sprawy od samego początku musiała budzić jakiś niepokój. Nawet wtedy, kiedy zdawało się, że ów niepokój nie ma logicznej podbudowy.

Cuda jakoś przestały nadążać za obietnicami ich spełniania, lecz dalej je serwowano i nadal serwuje się. To nic, że ich wielość dokładnie mąci obraz doniesień medialnych, które powinny być bardziej wyakcentowane i czytelne. Wszak w mętnej wodzie męty zawsze mogą więcej ryb nałowić. Jednym z cudów ekipy Tuska, który zaczyna być lansowany zwłaszcza w tzw. polityce międzynarodowej są sukcesy ministra spraw zagranicznych Sikorskiego, które są w rzeczywistości porażkami dla mającego być ambicje suwerennym, państwa. I to dopiero jest prawdziwy cud, którego znaczenie polega na tym, że kolejne niepowodzenia przedstawiane są jako wielki sukces. Czołobitność tandemu Tusk-Komorowski w stosunku do Rosji i Niemiec wprost zniewala. Jako wielki sukces na tym polu przedstawia się wynegocjowanie przesunięcia gazociągu, omijającego Polskę na drodze z Rosji do Niemiec o kilkanaście metrów. Krzykliwość eksponowania tego rzekomego „sukcesu” ministra Sikorskiego ma z kolei zakryć sam fakt powstania takiego przedsięwzięcia obu wielkich sąsiadów.

Cuda zresztą zaczynają wyłaniac się tez i same. Jednym z takich samoistych cudów może być choćby sprawa abonamentu RTV. Jeszcze nie tak dawno nikt inny jak Tusk i jego ferajna głośno obiecywali zniesienie opłat za korzystanie z odbiorników radiowych i telewizyjnych.  Braci Kaczyńskich przedstawiano jako tych „krwiopijców”, którzy dla Krajowej Rady Radia i TV gotowi byli wyssać ostatnie grosze z umęczonych ekonomicznie ludzi. Cudowna przemiana nastąpiła w momencie, kiedy KRRiTV została zagarnięta przez PO. Teraz okazuje się, że płacenie abonamentu jest niezwykle zdrowym i ze wszech miar pożądanym objawem lojalnosci społeczeństwa. PO wspięło się na kolejny szczebel ewolucji, wykształcając w sobie godne kameleona zjawisko mimikry. Darwin chyba umarłby po raz wtóry… ze śmiechu.

Identyczny cud przemiany od niegdyś humanoidalnej ku kameleońskiej postaci możemy zaobserwować w sprawie przywrócenia święta Trzech Króli. Wszyscy pamiętamy inicjatywę ustawodawczą setek tysięcy obywateli pod wodzą pana Jerzego Kropiwnickiego, dążącą do restytucji dnia 6 stycznia jako dnia wolnego od pracy. PO zapałało wraz z cała lewicą i klakierami PSL-owskimi najświętszym oburzeniem, a wrzask przeciw inicjatywie obywatelskiej zagłuszył wszelkie argumenty. I znowu – nie upłynęło wiele wody w Wiśle, by się okazało, że PO sama wnosi projekt takiej ustawy jako swój własny. Projekt obywatelski był be, bo stał za nim pan Kropiwnicki oraz Prawo i Sprawiedliwość. Projekt Platformy Obywatelskiej jest cacy, bo zgłasza go „jedyna przewodnia i jedynie słuszna siła narodu”. Czy liczyć to jako kolejny cud ekipy Tuska czy też nazwać to po prostu obłudą do kwadratu ?

Innym cudem Tuska, który każdego powinien wprawiać w osłupienie jest osiągnięcie niesamowitej wręcz szybkości zadłużania państwa. Ktoś mądry w cyferkach obliczył, że ferajna z PO beztrosko zapożyczyła Polskę w ciągu 3 lat rządów na sumę 4-krotnie wiekszą niż uczynił to towarzysz Gierek w ciągu 10 lat sprawowania władzy. Tylko w I półroczu tego roku zadłużenie to rosło w kosmicznym tempie 300 milionów złotych dziennie, zaś na obecne półrocze przewiduje się podwojenie szybkości licznika.

Niewątpliwie w obecnym półroczu możemy się spodziewać nasilenia cudów, zarówno tych zaplanowanych propagandowo i ogłaszanych przez skoligacone z PO media, jak i dalszej akcji tandemu Tusk-Komorowski pod hasłem „aby Polska rosła w siłę a rząd żył dostatniej”.  A władza uderza do głowy mocniej niż alkohol i wymaga stale coraz większych środków finansowych do zapewnienia coraz „godziwszego” życia dla siebie, rodziny czy kolesiów. Machiawelizm prywaty stał sie jedyną filozofią rządzących zarówno na szczeblu centralnym jak i różnego szczebla kacyków regionalnych. Właśnie ci ostatni zapewniają na „dołach” partyjnych oraz w lokalnych społecznościach wiarę w cuda PO. Pieniądze na ten cel muszą się znaleźć, bowiem armia lokalnych klakierów nie działa charytatywnie.

Stąd wynika kolejny, szeroki dział cudów jakimi były i są rozliczne afery, będące cudami samymi w sobie. Ich schemat działania jest w sumie prosty i stale powtarzany bez większych modyfikacji: fakt afery (zazwyczaj korupcji czy protekcji ze strony rządzących) – powołanie komisji (przy wielkim biciu w bębny propagandy) – stwierdzenie braku dowodów winy – rozwiązanie się komisji. I tak to powtarza się do znudzenia, niczym ceremonie odznaczeń w PRL-u. „Rąsia – buźka – klapa – goździk…” – jak to niegdyś podsumował w Kabarecie pod Egidą wspaniały polski kabarecista Jan Pietrzak.

Wracając do spraw finansowych. Kwieciście nazywana prywatyzacją wyprzedaż majątku narodowego (często za bezcen) dobiega końca. No, może jeszcze tylko ostatnim akordem będzie sprzedaż Polskich Kolei Państwowych niemieckiemu Deutsche Bahn, o czym ostatnio coraz częściej się mówi. Stąd kolejne pożyczki, zaciągane gdziekolwiek się uda i na jakichkolwiek warunkach. Linie kredytowe mają to do siebie, że nie są nielimitowane i zawsze obłożone solidnym oprocentowaniem, które przy sumach w skali państwowej z pewnoscią nie nastraja optymistycznie. Rząd Tuska zdaje sobie z tego sprawę, a ciągle pogłębiany krater budżetowy państwa (mówić o dziurze to już nieporozumienie) powoduje, że przy głoszeniu obietnic cudów bądź samych cudów władza stara się stać na ziemi i… sięgać coraz mocniej i głębiej do kieszeni podatników. Już teraz mamy do czynienia z coraz częstszymi i bolesnymi podwyżkami cen różnych artykułów pierwszej potrzeby, niezależnie od wprowadzanych nowych stawek podatku VAT tudzież innych podatków pobocznych i opłat. Czy to ma być ten najwiekszy cud Tuska ?

Zielony kolor propagandowo przyhołubiony jako symbol współczesnego okresu cudów miał też wyrażać kolor nadziei na lepsze jutro. Okazuje się, że bardziej odpowiednim byłby obecnie kolor żółty, jesienny o ile nawet nie pomarańczowo-żółty. Kolor ostrzegawczy, po którym może zmienić barwę na czerwoną, gdy Polacy ockną się z tego „chocholego tańca” i dostrzegą różnicę między pojęciem cudotwórców a cudaków.

Stanisław Matejczuk

This entry was posted in Gospodarka, Historia, Kultura, Polityka, Polonia Semper Fidelis, Sprawy różne. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *