Komorowskiego walka z krzyżem

Minęły dwa miesiące sprawowania przez Komorowskiego najwyższego urzędu w Polsce i – jak na razie – jedyną aktywnością, z której poznaliśmy nowego władcę jest jego walka z krzyżem. Przed dwa miesiące jakoś niczego nie było słychać o jego działalności. No, może poza jakimiś trzymanymi w tajemnicy wyjazdami oraz deklaracjami, zmierzającymi do przywrócenia wiernopoddańczej polityki pseudopolskiej wobec Rosji i Unii Europejskiej (czytaj: Niemiec). Stąd też natychmiastowe wycofanie się władcy z niezależnej polityki wschodniej, które jednak wymagało unicestwienia nie tylko wszelkich osiągnięć, jakich dokonał Prezydent Lech Kaczyński, ale również zacierania śladów działań poprzednika Komorowskiego.

Na pierwszej linii wściekłych ataków Komorowskiego, PO oraz opanowanych przez nich mediów znalazł się już nie człowiek, ale prosty, drewniany krzyż, postawiony przed Pałacem Prezydenckim przez harcerzy po tragedii w Smoleńsku ku czci i dla modlitwy za dusze Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, jego żony Marii oraz 95 najwyższych przedstawicieli państwa polskiego. Miał on tam być tymczasowo, do chwili postawienia przed siedzibą tragicznie zmarłego Prezydenta pomnika czy obelisku, upamietniającego katastrofę. Krzyż został poświęcony przez księdza Stanisława Małkowskiego, wielkiego przyjaciela zamordowanego błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki, kapelana Solidarnosci.

Wydawało się, że taka kolej rzeczy powinna być logicznym następstwem i samej tragedii smoleńskiej i odzewu na nią Polaków, którzy gromadzili się pod tymczasowym krzyżem w modlitewnym skupieniu oraz w hołdzie ofiar z 10 kwietnia. W cywilizowanym kraju pewnie by tak nastąpiło, ale nie w Polsce pod destrukcyjnymi rządami PO, która po bardzo dyskusyjnym wyborze Komorowskiego na najwyższy urząd w państwie poczuła się monopolistką życia politycznego, społecznego, a nawet religijnego. Pierwsze kroki Komorowskiego skierowały się przeciwko krzyżowi, wskazując natychmiast na kierunki działania władcy.

Od pierwszego dnia na urzędzie, krzyż był dla Komorowskiego niemalże jak przysłowiowa woda święcona dla diabła. Ponieważ raził go tak dotkliwie, zamieszkał w Belwederze, zaś usłużna propaganda PO i skoligacone media podały, że krok ten był spowodowany koniecznością przeprowadzenia remontu Pałacu Prezydenckiego po ostatnim lokatorze czyli Prezydencie RP ś.p. Lechu Kaczyńskim. Normalnemu człowiekowi było tak samo blisko w to uwierzyć jak w tzw. „naukową teorię” powstania świata czyli tzw. „teorię big-bangu” (wielkiego uderzenia), w którą normalne dzieci w wieku przedszkolnym – przyzwyczajone do bajeczek – nie są w stanie uwierzyć. Bo jak dać wiarę pseudoteorii jak najbardziej szarlatańskich pseudonaukowców, że „nic” uderzyło w „nic” i powstało „coś” ?

Podobnie z bajeczką o remoncie Pałacu Prezydenckiego, z której mogło wynikać między wierszami, że ś.p. Lech Kaczyński z Małżonką rozbijali w nim na prawo i lewo wszystko, co tylko można było rozbic i pozostawili po sobie ruinę. Ale każde kłamstwo jest dobre, jeśli tylko je konsekwentnie powtarzać, zaś wiele razy powtórzone zaczyna funkcjonować jako jakiś tam fakt. Władcy PO z Tuskiem i Komorowskim na czele czerpią pełnymi garściami z doświadczeń historycznych lewicowych systemów totalitarnych: narodowosocjalistycznego i komunistycznego.

Tymczasem krzyż sobie stał przed Pałacem Prezydenckim i gromadziły się pod nim większe lub mniejsze grupy Polaków, oczekujące własciwego rozwiązania ze strony władz, jakiego można chyba się spodziewać w cywilizowanym kraju, pamiętającym o swojej tradycji i ponad tysiącletnich wartościach. Także w sferze spraw polityki, nawet jeśli jest ona tendencyjnie niechętna katolicyzmowi i chrześcijaństwu  rozwiązaniem wydawało się jak najszybsze postawienie pomnika ku czci ofiar tragedii smoleńskiej i uroczyste przeniesienie krzyża do świątyni. Rozwiązanie takie leżało w interesie zarówno rządzonych jak i samych rządzących i z pewnoscią nie spowodowałoby ono eskalacji emocji. Wybrano jednak drogę konfrontacji: nie tyle siłowej (chociaż i taka, nieudana próba miała miejsce), lecz moralnej. „Wyłuskano” wpierw krzyż z otaczających go ludzi, uniemożliwiając bliższy dostęp za pomocą metalowych barier i zapór, by wreszcie zdemontowac sam krzyż na polecenie władcy Komorowskiego oraz wynieść go – jak podano – do kaplicy w Pałacu Prezydenckim. Dokonano tego bez jakiejkolwiek obecności osób duchownych, co w sferze religii i wiary katolickiej jest o tyle istotne, że chodziło o poświęcony symbol Chrystusa.

Wściekły atak Komorowskiego na krzyż nie byłby możliwy, gdyby nie ciche współdziałanie kurii warszawskiej i tamtejszych hierarchów. Tak jak nie do uwierzenia jest wspomniana przeze mnie pseudonaukowa teoria „big-bangu”, tak między bajeczki można włożyć, że działo się to wszystko bez wiedzy arcybiskupa Nycza oraz jego warszawskiej koterii kurialnej. A może właściwszym będzie tutaj określenie: „kuriozalnej” ?

I to jest właśnie najbardziej wstrząsającą stroną walki z krzyżem. W swojej historii Polska miała różnych biskupów i księzy: lepszych, gorszych, a nawet bardzo złych. Nigdy jednak nie wspierali oni walki z podstawowym symbolem męki Chrystusa, jakim jest krzyż, wiedząc w dodatku o fakcie jego poświęcenia. Ciche przyzwolenie na jego demontaż ze strony własnie kleru zakrawa na profanację krzyża, co stoi w prostej sprzeczności z powołaniem pasterzy Kościoła.

Fakty totalnej degrengolady kościoła katolickiego w Polsce są widoczne na wielu szczeblach jego biurokracji od wielu lat. Pomimo wielkiej pracy, jaką włożyli Prymas Tysiąclecia Ks. Kardynał Stefan Wyszyński oraz największy Polak wszechczasów Ojciec Święty Jan Paweł Wielki, upadek ten stał się rzeczywistością. Obłuda wielu hierarchów przebiła wręcz dno – bo jak inaczej nazwać odżegnanie się od krzyża ?

„Jego znakowi sprzeciwiać się będą” – to zdanie z Ewangelii podkreśla proroctwo słów, wypowiedzianych ponad dwa tysiąclecia temu. O ile jednak dotychczas odnosiliśmy je do wrogich Kościołowi i nauce Chrystusa reżymów świeckich, tak dzisiaj mamy do czynienia z nową jakością proroctwa, kiedy ci, którzy powołani zostali do trwania przy krzyzu, wspierają jego wrogów. Obłuda części duchowieństwa zatoczyła tak dalekie kręgi, że musi szokować każdego katolika. Jeszcze przecież kilka miesięcy temu ci sami przedstawiciele kościelni uroczyście ogłaszali wyniesienie na ołtarze decyzją papieża Benedykta XVI błogosławionego męczennika za wiarę ks. Jerzego Popiełuszki. Kapelana Solidarności, który do końca swoich dni nawoływał właśnie do obrony krzyża. Kilka dni temu ci sami przedstawiciele kurii warszawskiej ukarali ks. Stanisława Małkowskiego za… modlitwy pod krzyżem (!!!) grożąc mu nawet zawieszeniem w prawach kapłańskich. Trudno w tym kontekście nazwać wypowiedź kanclerza kurii warszawskiej ks. Grzegorza Kalwarczyka: “Ulica to nie jest miejsce do modlitwy”. Skandal to chyba za mało.

„Proszę Was – brońcie krzyża od Giewontu aż po Bałtyk” – te słowa Ojca Świętego Jana Pawła Wielkiego również trafiły na śmietnik kurialny jako „niepotrzebne”. Cichym przyzwoleniem na demontaż krzyża przez Komorowskiego hierarchowie kościelni dokonali wyboru między Ewangelią a konformizmem politycznym.

Platforma Obywatelska i Komorowski jacy są – każdy widzi i nie wymaga to komentarza. Należy tylko mieć nadzieję, że kosciół katolicki w Polsce przetrwa obecny upadek części duchowieństwa i wyjdzie z tego doświadczenia wzmocniony na przyszłość. Sam krzyż na pewno przetrwa tak jak przetrwał krzyż z kwiatów, kładziony w stanie wojennym przez Polaków i niszczony w nocy przez komunistów. Nawet wtedy soki kwiatów z kwietnego krzyża odbiły jego kształt na betonie niczym twarz Chrystusa na całunie turyńskim. Tak samo będzie z krzyżem sprzed Pałacu Prezydenckiego, który zostawił trwały ślad w nas.

This entry was posted in Kultura, Polityka, Sprawy różne. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *